Ostatnie notki
Zakładki:
Ja w sieci
Krewni i znajomi królika
Lubię
![]() (c) by Olga 'Kitiara' Rostkowska |
środa, 28 października 2009
O neurozie słów kilka
Nerwicę trzeba oswajać. Powoli, spokojnie, ze zrozumieniem. Jak przestraszone dziecko, czy - prościej nieco - małego, nieufnego kociaka. Owszem, ta choroba utrudnia mi życie. A jeszcze bardziej, niż utrudnia je mi, przeszkadza kilku najbliższym osobom z mojego otoczenia (prawdopodobnie). Ale, zamiast nic nie robić i tłumaczyć się przed samą sobą tym, że mnie biologia skrzywdziła i nic nie poradzę - mogę się adaptować. Mogę oswajać zwierzaka. Mogę próbować dostosowywać swoje akcje i postrzeganie rzeczywistości, zmieniać delikatnie swoje otoczenie - po to, żeby to, co paraliżuje, stawało się znośne. A może nawet niezauważalne. Spora w tym pewnie zasługa psychotropków - jestem spokojniejsza, stabilniejsza emocjonalnie, mniej chybotliwa. Jakoś nie łudzę się zbytnio, że to moja własna zasługa - fakt, że biorę te leki 9 miesięcy prawdopodobnie ma coś wspólnego z faktem, że nie czuję się już, jakbym szła po bardzo cienkiej czarnej żyłce nad bardzo ciemną nie-wiadomo-jak-głęboką pustką bez najmniejszego oświetlenia, podczas gdy wszyscy wokół bez większego problemu tańczą w powietrzu. Myśli uciekają... Szybciej, byle szybciej, byle zdążyć je złapać. Paralizatory są drobniutkie, kompletnie niezrozumiałe dla poukładanego psychicznie osobnika, nieznaczące wiele. Jak sama nazwa wskazuje, powodują proces decyzyjny trwający wielokrotność samej akcji, do ktorej prowadzi - moment zawieszenia, uczucie niedokończenia czegoś, kolejne pogłębienie tej pustki pod stopami. Czasem wręcz odwracają grawitację do góry nogami. Wielogodzinne zastanawianie się nad tym, czy pójść zrobić sobie herbatę. Bo przecież kubek wypijam w kwadrans, a wstać, zagotować, torebka, potem wyrzucić szczura (ble!), umyć, i znowu... Rzeczywistość ostatnimi czasy jest mniej szorstka, mniej kolczasta - czyli zapewne to ja mam grubszy pancerzyk. Mniej przejmuję się reakcjami otoczenia czy grupy. Zagaduję, uśmiecham się, komplementuję, żartuję do ludzi. Zamiast się denerwować, staram się uśmiechać. Bo przecież mam dużo powodów, żeby być szczęśliwa. Jestem zakochana, w dziwnym, ale najcudowniejszym facecie pod Słońcem (tak, wiem, że zaraz zaczniesz dyskutować o tym, że muszę uwzględnić inne gwiazdy, inne galaktyki - zafajdany astronomie ;)) - z wzajemnością. Mam gdzie mieszkać. Wolny kraj, wolność słowa, naprawdę dobra jak na moje warunki praca. Brak poważnych chorób - bo migrenę, nerwicę, płochliwy żołądek i kręgosłup starca da się oswoić. Fajna rodzina. Najprzystojniejszy siostrzeniec ever. Studia, które lubię. Dobre perspektywy. O który staram się dbać coraz bardziej. Są rzeczy, których potrzebuję - robótka koralikowa na zajęcia, kiedy słucham uważnie, ale nie mam czym zająć rąk (bo notatek robić mi się po prostu nie opłaca - zbyt dużo wysiłku nerwowego wkładam potem w zastanawianie się, czy są kompletne, doskonałe, moje, najlepsze). Modem przenośnego internetu, nawet, jeśli cały dzień nie odpalę netbooka (świadomość możliwości jest ważna). Ząbkowe wtyczki USB, żeby nie obsesjonować półświadomie na temat niestabilnych gniazdek w netbooku (przeciągnięcie się kota czy ruch sąsiada w SKM wyrywający modem czy HDD może i nie jest straszne - ale obawianie się tego i dbanie, żeby tak się nie stało wytwarza ciągłe napięcie, które męczy, psuje humor i ogólnie nie przysparza mi pozytywnych fluidów). Coś do czytania w torbie, żeby nigdy nigdy nie marnować czasu. Coś słodkiego, w razie nagłego zapotrzebowania na cukier. Konkretna aranżacja w konkretnej kieszonce plecaka konkretnych smyczy prowadzących do konkretnych ważnych rzeczy typu klucze, portfel, karta miejska, bo zawsze mam masę rzeczy w torbie. Dla kogoś być może świat rodem z 'Gotowych na wszystko' (Bree i jej rodzinka), koszmar natręctw, perfekcjonizmu i bezsensownych 'reguł'. Dla mnie jest to moja rzeczywistość, świat oswojony. Świat, do którego ostatnio się uśmiecham. I odkrywam, że on coraz częściej uśmiecha się do mnie. Coraz częściej brakuje mi tchu i zbiera się na łzy - tym razem nie z bólu, nie z niemocy, nie z pustki - z zachwytu.
piątek, 09 stycznia 2009
Nightmare before Christmas
Zapadły lumpeks w zapadłej wsi Wejherowo. Nówka. 18 zł. Oryginalna burtonowska bluzka do 'Nightmare before Christmas'. Myślałam, że mam zwidy :p Jakość zdjęć nie powala, bo moje Fuji nigdy nie lubiło się ze sztucznym światłem.. Zwłaszcza tak przygaszonym, jak to w moim pokoju.
środa, 07 stycznia 2009
sobota, 27 grudnia 2008
Sfiętojepliwość
Tak. Wkurzona jestem. Kraj w 96% katolicki, rozumiem. Wątpię, ale przyjmuję do wiadomości. Święta katolickie dniami wolnymi od pracy. Super. Państwo wyznaniowe. Właśnie skończyły się 3 dni, podczas których NIC nie działo się NIGDZIE. Bo przecież wszyscy siedzą i jedzą, nie? Ale nieeee, to nie wystarczy. Nie starczy, że na 3 dni świat zamarł w niemym oczekiwaniu - na co? Na to, aż pękniemy z przejedzenia i rzucimy się sobie do gardeł patrząc trzeci dzień na te same przeżarte twarze? Co mnie wkurza - biblioteka uniwersytecka, wyższej państwowej szkoły. Miesiąc przed sesją, koniec semestru, czas zaliczeń i prac semestralnych. Ciekawa jestem, jak wiele firm, urzędów, sklepów zrobiło tak samo. Świat zamarł na prawie dwa tygodnie, bo ktoś tysiące lat temu opowiedział historię o człowieku, który urodził się z dziewicy i zmartwychwstał po męczeńskiej śmierci. Świat zamarł. A ja jestem wkurfiona. Bo nie zamarłam, bo mam robotę, którą chciałabym wykonać, a wszyscy obnoszą się ze świętym czasem wolnym jak z jajkiem. 'Jeśli jedna osoba ma urojenia, nazywają to chorobą. Jeśli wiele osób ma urojenia, nazywają to religią.' (za 'Bóg urojony') A religia, jak wiadomo, jest nietykalna i niedysputowalna - zwłaszcza w Polsce. Możesz kłócić się o poglądy polityczne, ale od religii wara! Nawet, jeśliś ateista! Szlag by to wszystko. Niech się ten szał skończy, bo za siebie nie ręczę... Adnotacja: notka napisana pod wpływem informacji, że dwa wolne i perfekcyjne do wykonania dwóch projektów zaliczeniowych dni PO ŚWIĘTACH nie są dniami pracy ŚWIECKIEJ biblioteki uniwersyteckiej w ŚWIECKIM ponoć kraju.
czwartek, 25 grudnia 2008
Te lepsze...
Jeśli usłyszenie czyjegoś głosu przez telefon w środku nocy - totalnie zaspanego, zdezorientowanego i bezbronnego - mówiącego, że tak, wszystko jest ok, i tak, kocham cię potrafi mnie uspokoić mimo gwałtownie nasilającej się nerwicy i powoduje, że mimo wszystkich lęków, które głupia choroba wrzuca mi do głowy, nie potrafię się nie uśmiechać... Luffya, dear. Musi być dobrze.
wtorek, 16 grudnia 2008
Opór materii
Co robi człowiek po wejściu do domu? Zdejmuje buty, wiesza kurtkę, rozpakowuje torbę/y, odpala kompa, robi jedzenie... Oczywiste czynności, które wykonuje się bez zastanawiania się nad nimi. Cholera, chciałabym tak. Umieć zrobić coś bez zastanawiania się, czy chcę to zrobić, jak chcę to zrobić, czy dobrze się z tym czuję i czy to na pewno najlepsza opcja w tym momencie. Bez zawieszania się na np. 20 minut z wzrokiem zawieszonym w przestrzeń i tokami myślowymi, których nie potrafię potem odtworzyć. Jeśli chodziłoby o poważne sprawy - super, to się może przydać, w końcu nie rzuca się studiów czy wychodzi za mąż bez rozważenia tej decyzji. Ale wieszanie się na godzinę i totalny paraliż decyzyjny dlatego, że nie wiem, czy wsiadłszy do SKMki najpierw wyjąć łyżeczkę z kosmetyczki, czy jogurt z torby, to już lekki absurd? Z którego zdaję sobie sprawę. I co? Idea prokrastynacji w moim wydaniu nabiera zupełnie nowego wymiaru - ja nie odkładam spraw na później, tylko dosłownie nie jestem w stanie bez gwałtu na własnej psychice zrobić czegoś ot tak, bez zastanowienia się. A zastanowienie się to ryzyko nagłego zamyślenia się nad stanami emocjonalnymi ptaków brudzących mi na okno i naturę Wszechświata na przykładzie nielubianego wykładowcy. Siedzi takie, wpatrzone w przestrzeń, dookoła X rzeczy, które w ciągu minuty możnaby odłożyć na miejsce i zrobić porządek, i nie może się zmobilizować do choćby zdjęcia jednego buta z nogi. Ba, potrafi wybuchnąć płaczem z tak - zdawałoby się, błahego - powodu. Co ciekawe... OK, mam masę obowiązków. Jednak doskonale dałabym sobie z nimi radę, jeśli nie zastanawiałabym się 15 minut przed podjęciem każdej, choćby i 15sekundowej czynności (mobilizowanie się godzinę przed wykonaniem telefonu, który wg wszelkiego prawdopodobieństwa potrwa kilkanaście, max. kilkadziesiąt sekund i totalny paraliż z powodu tejże trwającej mobilizacji...)
środa, 01 października 2008
Rok, sztuk jeden
Rok temu, +/- kilka godzin, wsiadłam do SKMki jadącej w kierunku Gdańska Głównego. Pierwszy dzień zajęć na socjologii, cokolwiek na wariata, nikt nie wie co, gdzie, jak, którędy i po co tak właściwie... Umawiamy się bodaj na dworcu, część ludzi spotyka się już w kolejce, następnie razem dajemy się zastraszyć chyba pierwszą statystyką, potem wypad do knajpy, pierwsze pogaduchy typu 'bo ja już studiowałam/studiuję tu i tu, pracowałam/pracuję tam i siam, a w ogóle to interesuję się socjologią xD'. Powrót do domu i entuzjastyczne opowieści o pozytywnych ludziach, z którymi spędzę kolejny rok. Lekki stres, ale więcej oczekiwania. W końcu sama wybrałam ten kierunek... Krótki bilans zeszłego roku? Odwołanych konwentów: jeden. Historia długa i rozwlekła... Ale dużo udało mi się nauczyć podczas kilku miesięcy walki z całym światem. Obiektywnie: minął rok. Rok temu, w SKMce, jak zwykle zaczytana w książce, zasłuchana w ciężkiej muzyce, ubrana na czarno i ignorująca cały świat, zauważyłam, że ktoś przechodzi obok. Pamiętam myśl 'kurczę, a może też będzie studiować na UG...'
czwartek, 12 czerwca 2008
Yet again...
... got exactly what i freaking desired.
Careful what you say
wtorek, 15 kwietnia 2008
A mózg wypadł przez ucho...
Czym NIE JEST migrena? Na pewno nie jest zwykłym bólem głowy. Migrena to przewlekła choroba, dziedziczona najczęściej po kądzieli, z gatunku nieuleczalnych, ale nie śmiertelnych. Ot, tak się po prostu męczysz do końca życia kilka-kilkanaście dni w miesiącu wegetując jak warzywko. Jakie są objawy? Mówi się przede wszystkim o bólu głowy - racja. Bywają takie, że wyjesz z bólu, że boisz się ruszyć. Do tego dochodzi kompletne przeczulenie na wszelkie bodźce - zapachowe, słuchowe, wzrokowe, smakowe, dotykowe. Czasem również zaburzenia widzenia lub czasowa utrata wzroku. Jest ci źle, zimno, trzęsiesz się, masz napady paniki, czujesz się osaczony przez cały świat. Nie jesteś w stanie jeść, nie jesteś w stanie normalnie funkcjonować, w optymistycznej wersji wegetujesz jako warzywko odwalając tylko to, co niezbędne, żeby cię nie wywalili z uczelni/pracy - mimo, że najchętniej zwinąłbyś się w kłębek i płakał. Albo spał. W pesymistycznej wersji, nie jesteś w stanie nawet wegetować, lądujesz w szpitalu na kroplówkach. Przyczyny ataków? Pogoda. Stres. Hormony. Stres. Dieta. Stres. Ruch skrzydeł motyla na drugiej półkuli. Stres. Leki? Są (jak już cię zdiagnozują, czyli dojdą do wniosku, że nie wiedzą, co ci jest, więc to migreny; i dadzą receptę), ostatnio nawet trochę staniały (kilka lat temu jedna tabletka potrafiła kosztować sporo ponad stówę), jednak nie zawsze i nie na wszystkich działają. Z tych bez recepty działa właściwie tylko Solpadeine, resztę można sobie wsadzić w... ucho. Właściwie wszystko można sobie wsadzić w ucho, jeśli nie weźmie się leków natychmiast przy wyczuciu pierwszych objawów, rozkręcona migrena rzadko kiedy daje się zastopować. *** Jak wyglądają moje migreny? Na szczęście jak na razie nie mam zbytnich bólów. Ograniczam się do zwykłego uczucia zimna, trzęsiawki, kompletnej paniki, braku kontroli nad własnym ciałem (nie wyrabiam na zakrętach/nie jestem w stanie pisać) przeczulenia na bodźce (nie mówić/nie świecić/nie pachnieć/nie istnieć), poczucia osaczenia (moment, w którym reaguję histerycznie na to, że ktoś siedzi 20cm ode mnie), natychmiastowej płaczliwości i histeryczność i chęci zwinięcia się w kulkę i zapadnięcia w sen. Albo odrąbania sobie głowy. Czemu to piszę? Bo dziewiąty dzień z rzędu mam migrenę i jadę na 2-5 prochach dziennie. Bo codziennie budzę się z myślą 'już łykać, czy poczekać aż bardziej się rozkręci? nuż minie..'. Bo leki powoli przestają na mnie działać. Bo nie mam już siły grać silnej baby, gdy jedyne, na co mam ochotę, to płacz. Bo nie mogę się nawet uczyć podczas przerąbanego semestru. Bo mam już dość. I ponieważ boję się myśleć o tym, że moje migreny dopiero się rozkręcają, i z miesiąca na miesiąc jest coraz gorzej...
sobota, 22 marca 2008
Jenny
Bycie neurotyczką miewa swoje dobre strony - kiedy jestem szczęśliwa, roznosi mnie energia i dosłownie tańczę po ulicach, świecąc we wszystkie strony uśmiechami. Płacę za to jednak dosyć dotkliwą cenę: bańka bardzo szybko pęka, a ja ląduję w stanie kompletnego zaprzeczenia wszystkiemu, co jeszcze kilkanaście minut wcześniej unosiło mnie metr nad ziemię. Jest ta niezapomniana piosenka Edyty Bartosiewicz: 'Jenny', w której padają słowa 'za dużo widzę, zbyt mocno czuję'. Widzę i czuję rzeczy, które ludzie dookoła uznają za kompletną przesadę - i nie wiem, czy jest to wmawianie sobie nieistniejących problemów, czy wręcz przeciwnie: przenikliwość i dostrzeganie prawdziwej natury niektórych zachowań. Naiwnie mam nadzieję, że kiedyś poznam prawdziwą odpowiedź.. Za dużo myślę na temat tego, co wydaje mi się, że widzę. Tak dużo, że nie jestem praktycznie w stanie podjąć żadnego rozsądnego działania, zaplątana we własne toki myślowe. Zbytnio kombinuję. Niepotrzebnie analizuję sprawy, którym mogłabym po prostu pozwolić toczyć się samym z siebie i spokojnie poczekać na efekt. Nie potrafię ot tak po prostu bezczynnie czekać, nie bez skrajnej nerwówki, nie bez szaleństwa w oczach. Mógłby mi ktoś może pokazać, w którym kierunku do normalności? Bo jeśli takowa istnieje, to już dość dawno temu zgubiłam swoją mapę... A raczej, radośnie sprzedałam za umiejętność emocjonalnej 'jazdy po bandzie'. 'Bo czasem lepiej odejść od zmysłów, by nie zwariować'.. | ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||